Wyróżnienie w konkursie Męski Blog Roku Men's Health 2016
Mateusz Kobus - Blog

Obserwuję, a później o tym piszę.
Nie mam boga, polityki i idei.

2016.

Zwiń to zdjęcie

Rok 2016 przeszedł już do historii.

Mam nadzieję, że udało Wam się pozamykać zeszłoroczne rozdziały, bo przecież nowy rok charakteryzuje się tym, że ludzie na myśl o zmianie cyferki w kalendarzu są w stanie całkowicie zmienić swoje życie. Rzucają palenie, słodycze i partnerów. I to niemały paradoks, ponieważ wcale nie potrzebujemy do zmian, jakichkolwiek cyfr oblewanych hektolitrami sylwestrowego alkoholu, noworocznego kaca czy wstydliwego opuszczania mieszkania, sylwestrowo poznanego kolesia, który jeszcze się nie obudził.

Zmiany są tylko kwestią decyzji – grubymi kreskami oddzielającymi przeszłość od teraźniejszości i tego co jeszcze niewydarzone. Mimo to kochamy noworoczną symbolikę, do tego stopnia, że tworzymy swoiste rachunki sumienia i najdziwniejsze podsumowania – Ilość zjedzonych frytek w maku, ilość tinderowych randek, ilość sytuacji, w których okazaliśmy się chujem – i wszystkie inne, niezliczone ilości, o których warto lub nie warto wspominać.

Ja, kimkolwiek nie jestem, dziś też mógłbym zrobić podsumowanie – w końcu, to takie modne wśród blogerów.

Mógłbym się przechwalać, że w niespełna rok udało mi się osiągnąć/przebić, to na co współcześni (znani) blogerzy pracowali 2-3 lata. Mógłbym teraz upijać się za to:

  • że mojego bloga, w każdym miesiącu wyświetla 200-300 tysięcy osób,
  • że obserwuje mnie na fejsbuku prawie 24 tysięcy osób,
  • że wśród nich są tak diabelnie piękne kobiety, że czasem to sobie muszę aż usiąść,
  • że otrzymałem i odpisałem na ponad tysiąc wiadomości,
  • że odmówiłem 8 czytelniczkom seksualnych propozycji,
  • że 4 razy napiłem się z osobami, które twierdziły, że „wyglądasz jak Kobus”,
  • że nie odpisałem na ponad 100 anonimowych maili (ale obiecuje, że odpiszę)
  • że dostałem wyróżnienie „Męski Blog Roku Men’s Health 2016”,

…i że nie zarobiłem na tym wszystkim, ani złotówki, bo nie chciałem Wam wciskać w tyłki maści na wybielanie odbytu.

I wiecie po co to wszystko?
Bo ja nadal nie mam jakoś pomysłu.

W internecie ludzie są w stanie sprzedawać swoje matki i długość swoich członków, tylko po to, aby prześcigać się w statystykach i słupkach popularności, które świadczą o? To ostatnio najtrudniejsze dla mnie pytanie, bo nie rozumiem po co pisać o tych wszystkich mało istotnych rzeczach – po co czytać o tym jak ktoś się wysrał, albo na dachu jakiego wieżowca popijał wino. Po co sprzedawać ludziom kłamstwo, manipulacje i wirtualną papkę? Jaki jest sens w podglądaniu innych i utrata własnego życia, które przecież może być NIE równie piękne, a PRAWDZIWIE piękne i jeszcze bardziej atrakcyjne?

15873516_1356362514373949_3047287769038221946_n
Tak w dużej mierze dziś żyjemy – i być może zamiast przechwałek i pogoni za niedoścignionym, może lepiej się zatrzymać i nad tym zastanowić? Może lepiej wskazać ludziom przeciwny kierunek niż komputerowe i telewizyjne okna na świat? Co pozostanie nam na starość, w której nie będziemy już mieli siły na poznawanie świata? I być może wtedy będą chęci, ale również smutek że sprzedaliśmy swoją młodość w pogoni za niedoścignionymi ideałami… i pozostaną nam te cztery pieprzone ściany i kolorowe okno – za którym ludzie wciąż będą popełniać te same błędy.

Wszystko jest kwestią decyzji – naprawdę.

I nie zrozumcie mnie źle, bo nie chcę kreować się na oportunistę i pokazywać Wam jak bardzo można iść pod prąd i zbaczać od tego co popularne i modne (bo takie podejście samo w sobie jest kłamliwe i coraz mainstreamowe). Nie chcę negować ludzi i z nimi walczyć – w końcu sam staję się w jakiejś mierze opiniotwórczy, sam noszę najki szyte w chinach, śmieje się z memów z Andrzejem Dudą i oglądam śmieszne filmiki z kotami w internecie. Nie potrzebuje tego, bo wystarczy mi, że będę się trzymał od tego z dala, bo wiem, że takich ludzi jak ja, którzy wolą odejść od internetu i posiedzieć ze znajomymi, rodziną – ba pożyć w rzeczywistym świecie – jest znacznie więcej niż może się komuś wydawać.

I właśnie dla takich osób chce tworzyć Kobusową przestrzeń. I właśnie takie osoby przyczyniły się do „mojego sukcesu”, choć nadal nie dostrzegam w tym wszystkim niczego nadzwyczajnego… chuj, nawet nieskromnie mogę przyznać, że nawet nie zdążyłem się postarać, aby to wszystko „rozkręcić”. Naprawdę mało czasu poświęcam na bloga czy fanpage i mam świadomość, że mógłbym to wszystko „sprzedać” dwa razy szybciej i mocniej – do tego stopnia, że teraz piekłyby Was tyłki, a wasze kobiety trzymałyby ręce pod kołdrą na myśl o małym Kobusie – jednak zamiast inwestować czas w „oficjalną”, publiczną stronę „swojej twórczości”, wole wolne godziny swojego życia zostawiać Wam w prywatnych wiadomościach – gdzie mam do czynienia z prawdziwymi problemami i dużo bardziej „prawdziwym” życiem ludzi, którzy nie są pieprzonymi celebrytami czy popularnymi dzieciakami żyjącymi na pokaz za hajs swoich starych.

Zatrważające jest to, jak bardzo ludzie chcą szczerości – jak bardzo sobie cenią bezpośredniość, prawdę i jak bardzo chcą po prostu się komuś wygadać. Nie będę oceniał słuszności zwierzania się ze swoich problemów innym, ale pragnę zauważyć, że jesteśmy tylko, albo aż, ludźmi, którzy od milionów lat potrzebują… ludzi. Gdyby nasz naród był bardziej ze sobą zżyty, tolerancyjny, mniej zachłanny, bardziej otwarty, to podejrzewam, że taki Kobus nie byłby nikomu potrzebny, bo Dupków i problemów z nimi związanych byłoby znacznie mniej.

Mimo, to Kobus istnieje – i nie jest kobietą z dużymi cyckami czy niedojrzałym pryszczatkiem, który dostał po cipce od miłości swojego życia. Nie taktujcie tego profilu jako mojego osobistego konfesjonału – moje wpisy, to często luźno rzucone myśli, które nie koniecznie świadczą o mojej aktualnej sytuacji życiowej – a są jedynie dawnym echem moich przeżyć i doświadczeń lub aktualnych obserwacji Was samych. Pamiętajcie o tym i o misji jaką sobie obrałem rok temu, kiedy to wszystko się zaczęło.

Prolog. Wstęp do blogu.

I to by było na tyle – nie będzie noworocznego podsumowania, bo szkoda tracić czas na gadanie o tym co się zrobiło – lepiej otworzyć toskańskie czerwone Altadonno Assalto i pomyśleć nad tym co można było zrobić lepiej – i co zrobi się jutro, ponieważ…

wszystko jest kwestią decyzji i nie ma sensu czekać na odpowiedni moment – nowy rok, miesiąc, czy wtorek następujący po poniedziałku. Potrzebujemy zielonych świateł na życiowej drodze, symboli, które wskażą kierunek i utwierdzą nas w przekonaniu, że jesteśmy gotowi. Gotowi na co? Każda chwila, to taki sam czas i szansa, więc łap tą która jest i uczyń ją na odpowiednią. Nie wyczekuj, tylko definiuj potrzeby i oczekiwania na bieżąco – a zobaczysz co się stanie.

2017, dupku…
jesteś na nas gotowy?!

kd

„Bardzo szybko gramy w tę grę
Kto wie dlaczego musi tak być?
Nie mówimy więcej niż potrzebujemy
Ja mówię „do ciebie” kiedy wychodzimy
Kochanie, to jest to po co przyszedłeś…”

Polecane wpisy

Dzień dobry

Jestem Mateusz, a to miejscu, w którym dzielę się przemyśleniami i poglądami - często kontrowersyjnymi, ale z poczuciem humoru oraz autoironią. Mam dość wyrachowane, ekstremistyczne spojrzenie na to wszystko czym osacza nas dzisiejszy świat. Obserwuję ludzi, bo robią rzeczy o jakich nawet mi się nie śniło. Róbcie zatem to co robicie, a ja później o tym opowiem.

Więcej na Facebook:

Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z tekstów zamieszczonych na tej stronie nie może być kopiowany, publikowany,
reprodukowy i wykorzystywany w jakikolwiek sposób bez zgody autora.

2016.

Rok 2016 przeszedł już do historii.

Mam nadzieję, że udało Wam się pozamykać zeszłoroczne rozdziały, bo przecież nowy rok charakteryzuje się tym, że ludzie na myśl o zmianie cyferki w kalendarzu są w stanie całkowicie zmienić swoje życie. Rzucają palenie, słodycze i partnerów. I to niemały paradoks, ponieważ wcale nie potrzebujemy do zmian, jakichkolwiek cyfr oblewanych hektolitrami sylwestrowego alkoholu, noworocznego kaca czy wstydliwego opuszczania mieszkania, sylwestrowo poznanego kolesia, który jeszcze się nie obudził.

Zmiany są tylko kwestią decyzji – grubymi kreskami oddzielającymi przeszłość od teraźniejszości i tego co jeszcze niewydarzone. Mimo to kochamy noworoczną symbolikę, do tego stopnia, że tworzymy swoiste rachunki sumienia i najdziwniejsze podsumowania – Ilość zjedzonych frytek w maku, ilość tinderowych randek, ilość sytuacji, w których okazaliśmy się chujem – i wszystkie inne, niezliczone ilości, o których warto lub nie warto wspominać.

Ja, kimkolwiek nie jestem, dziś też mógłbym zrobić podsumowanie – w końcu, to takie modne wśród blogerów.

Mógłbym się przechwalać, że w niespełna rok udało mi się osiągnąć/przebić, to na co współcześni (znani) blogerzy pracowali 2-3 lata. Mógłbym teraz upijać się za to:

  • że mojego bloga, w każdym miesiącu wyświetla 200-300 tysięcy osób,
  • że obserwuje mnie na fejsbuku prawie 24 tysięcy osób,
  • że wśród nich są tak diabelnie piękne kobiety, że czasem to sobie muszę aż usiąść,
  • że otrzymałem i odpisałem na ponad tysiąc wiadomości,
  • że odmówiłem 8 czytelniczkom seksualnych propozycji,
  • że 4 razy napiłem się z osobami, które twierdziły, że „wyglądasz jak Kobus”,
  • że nie odpisałem na ponad 100 anonimowych maili (ale obiecuje, że odpiszę)
  • że dostałem wyróżnienie „Męski Blog Roku Men’s Health 2016”,

…i że nie zarobiłem na tym wszystkim, ani złotówki, bo nie chciałem Wam wciskać w tyłki maści na wybielanie odbytu.

I wiecie po co to wszystko?
Bo ja nadal nie mam jakoś pomysłu.

W internecie ludzie są w stanie sprzedawać swoje matki i długość swoich członków, tylko po to, aby prześcigać się w statystykach i słupkach popularności, które świadczą o? To ostatnio najtrudniejsze dla mnie pytanie, bo nie rozumiem po co pisać o tych wszystkich mało istotnych rzeczach – po co czytać o tym jak ktoś się wysrał, albo na dachu jakiego wieżowca popijał wino. Po co sprzedawać ludziom kłamstwo, manipulacje i wirtualną papkę? Jaki jest sens w podglądaniu innych i utrata własnego życia, które przecież może być NIE równie piękne, a PRAWDZIWIE piękne i jeszcze bardziej atrakcyjne?

15873516_1356362514373949_3047287769038221946_n
Tak w dużej mierze dziś żyjemy – i być może zamiast przechwałek i pogoni za niedoścignionym, może lepiej się zatrzymać i nad tym zastanowić? Może lepiej wskazać ludziom przeciwny kierunek niż komputerowe i telewizyjne okna na świat? Co pozostanie nam na starość, w której nie będziemy już mieli siły na poznawanie świata? I być może wtedy będą chęci, ale również smutek że sprzedaliśmy swoją młodość w pogoni za niedoścignionymi ideałami… i pozostaną nam te cztery pieprzone ściany i kolorowe okno – za którym ludzie wciąż będą popełniać te same błędy.

Wszystko jest kwestią decyzji – naprawdę.

I nie zrozumcie mnie źle, bo nie chcę kreować się na oportunistę i pokazywać Wam jak bardzo można iść pod prąd i zbaczać od tego co popularne i modne (bo takie podejście samo w sobie jest kłamliwe i coraz mainstreamowe). Nie chcę negować ludzi i z nimi walczyć – w końcu sam staję się w jakiejś mierze opiniotwórczy, sam noszę najki szyte w chinach, śmieje się z memów z Andrzejem Dudą i oglądam śmieszne filmiki z kotami w internecie. Nie potrzebuje tego, bo wystarczy mi, że będę się trzymał od tego z dala, bo wiem, że takich ludzi jak ja, którzy wolą odejść od internetu i posiedzieć ze znajomymi, rodziną – ba pożyć w rzeczywistym świecie – jest znacznie więcej niż może się komuś wydawać.

I właśnie dla takich osób chce tworzyć Kobusową przestrzeń. I właśnie takie osoby przyczyniły się do „mojego sukcesu”, choć nadal nie dostrzegam w tym wszystkim niczego nadzwyczajnego… chuj, nawet nieskromnie mogę przyznać, że nawet nie zdążyłem się postarać, aby to wszystko „rozkręcić”. Naprawdę mało czasu poświęcam na bloga czy fanpage i mam świadomość, że mógłbym to wszystko „sprzedać” dwa razy szybciej i mocniej – do tego stopnia, że teraz piekłyby Was tyłki, a wasze kobiety trzymałyby ręce pod kołdrą na myśl o małym Kobusie – jednak zamiast inwestować czas w „oficjalną”, publiczną stronę „swojej twórczości”, wole wolne godziny swojego życia zostawiać Wam w prywatnych wiadomościach – gdzie mam do czynienia z prawdziwymi problemami i dużo bardziej „prawdziwym” życiem ludzi, którzy nie są pieprzonymi celebrytami czy popularnymi dzieciakami żyjącymi na pokaz za hajs swoich starych.

Zatrważające jest to, jak bardzo ludzie chcą szczerości – jak bardzo sobie cenią bezpośredniość, prawdę i jak bardzo chcą po prostu się komuś wygadać. Nie będę oceniał słuszności zwierzania się ze swoich problemów innym, ale pragnę zauważyć, że jesteśmy tylko, albo aż, ludźmi, którzy od milionów lat potrzebują… ludzi. Gdyby nasz naród był bardziej ze sobą zżyty, tolerancyjny, mniej zachłanny, bardziej otwarty, to podejrzewam, że taki Kobus nie byłby nikomu potrzebny, bo Dupków i problemów z nimi związanych byłoby znacznie mniej.

Mimo, to Kobus istnieje – i nie jest kobietą z dużymi cyckami czy niedojrzałym pryszczatkiem, który dostał po cipce od miłości swojego życia. Nie taktujcie tego profilu jako mojego osobistego konfesjonału – moje wpisy, to często luźno rzucone myśli, które nie koniecznie świadczą o mojej aktualnej sytuacji życiowej – a są jedynie dawnym echem moich przeżyć i doświadczeń lub aktualnych obserwacji Was samych. Pamiętajcie o tym i o misji jaką sobie obrałem rok temu, kiedy to wszystko się zaczęło.

Prolog. Wstęp do blogu.

I to by było na tyle – nie będzie noworocznego podsumowania, bo szkoda tracić czas na gadanie o tym co się zrobiło – lepiej otworzyć toskańskie czerwone Altadonno Assalto i pomyśleć nad tym co można było zrobić lepiej – i co zrobi się jutro, ponieważ…

wszystko jest kwestią decyzji i nie ma sensu czekać na odpowiedni moment – nowy rok, miesiąc, czy wtorek następujący po poniedziałku. Potrzebujemy zielonych świateł na życiowej drodze, symboli, które wskażą kierunek i utwierdzą nas w przekonaniu, że jesteśmy gotowi. Gotowi na co? Każda chwila, to taki sam czas i szansa, więc łap tą która jest i uczyń ją na odpowiednią. Nie wyczekuj, tylko definiuj potrzeby i oczekiwania na bieżąco – a zobaczysz co się stanie.

2017, dupku…
jesteś na nas gotowy?!

kd

„Bardzo szybko gramy w tę grę
Kto wie dlaczego musi tak być?
Nie mówimy więcej niż potrzebujemy
Ja mówię „do ciebie” kiedy wychodzimy
Kochanie, to jest to po co przyszedłeś…”

Powrót na stronę główną