Wyróżnienie w konkursie Męski Blog Roku Men's Health 2017
Wyróżnienie w konkursie Męski Blog Roku Men's Health 2016
Mateusz Kobus - Blog

Obserwuję, a później o tym piszę.
Nie mam boga, polityki i idei.

Ćpałem, chlałem i bzykałem – Kobus na Woodstocku.

Zwiń to zdjęcie

Nie wiem czy jest się czym chwalić – w końcu ludzie nie popierają takich akcji, ale tak… byłem pijany i w małym namiociku porośniętym kurzem i błotem straciłem dziewictwo w rytmach dobrzmiewającego w tle zespołu rockowego. To był mój pierwszy raz w Kostrzynie nad Odrą – raz, którego nigdy nie zapomnę. Nie znaliśmy się wcześniej, więc nie miałem nic do stracenia – liczyła się tylko ta chwila, która była daleka od myśli związanymi z konsekwencjami. Co ma być to będzie – pomyślałem – w końcu przyjechałem się tutaj odmóżdżyć, zobaczyć z czym to się je, zebrać nowe doświadczenia z krainy piwem i metalem płynącej, która jak dotąd była mi znana z niezbyt pochlebnych opinii.

Znajomi oczywiście przestrzegali mnie tuż przed wyjazdem:

„Haha spoko, jedź do brudasów, zginiesz tam”, „Stary, mam nadzieję, że się zaszczepiłeś i się niczym nie zarazisz” i nie mogę się im dziwić, w końcu Kobus to niemal 100 kg zadbany, modny banan, któremu z wyglądu bliżej do Openerów czy innych Tommorowlandów. Facet, który jest totalnym przeciwieństwem społeczności Woodstockowej, którą widuje się na tych wszystkich zdjęciach w internetach. Ale wiecie? Od jakiegoś czasu robię wszystko to co wpadnie mi do głowy, bo życie jest cholernie krótkie, aby przejmować się opinią innych i żałować, że się nie zrobiło tego czy tamtego, kto chce żyć w cieniu wiecznych wyrzeczeń? Po co? Jak nie teraz to kiedy? Nawet się nie zastanawiałem, bez namysłu wypchałem plecak białymi bucikami, pomadą do włosów marki zajebiście dobra, namiotem i kilkoma innymi pierdołami, po to, aby chwycić spontan za rękę – i tak straciłem swoje Woodstockowe dziewictwo lądując z dwunastką znajomych w Kostrzynie.

Woodstocku, o którym słyszałem wiele złego.

Woodstocku, który miał być plugawą wylęgarnią ućpanych brudasów oraz upitych nastolatek, które miały nie ogarniać tego, że właśnie ktoś zsuwa spodnie, aby ulżyć sobie w ich dupie. Woodstock po ulicach, którego miały mieszać się piguły z wymiocinami. Woodstock, który miał być pełen nietolerujących siebie subkultur, przemocy, wyznawców szatana i zataczających się z puszką piwa w dłoni dzieci. Woodstock, który stał się imprezą podwyższonego ryzyka. Tak, tak, ten Woodstock, który wszyscy mieliśmy znać z telewizji.

I wiecie?
Ktoś się chyba zamienił z chujem na łby…

Woodstock to miejsce dla każdego. 

Dosłownie dla każdego! Zbijałem piątki z przedstawicielem chyba każdej możliwej subkultury. Taka jest idea tego festiwalu – punk pije piwo z hipisem, dresiarz obrandowany swooshem topi się w uściskach z gościem w glanach, a rasta dzieli się bułką z gotem. I nikogo to nie dziwi – wszyscy się tolerują, akceptują i potrafią ze sobą przebywać, bo łączy ich ten sam cel – magiczna atmosfera zatopiona w muzyce. I ludzie to sobie cenią – do tego stopnia, że całe rodziny przyjeżdżają z dziećmi, które prze szczęśliwe moczą swoje różowe kalosze w błocie. Ludzi starszych również nie brakuje – osobiście widziałem jak Pan z Panią na oko po 65 wiosen na głowę gonili w koszulkach swoich ulubionych zespołów pod scenę.

Dziewczyny, które na co dzień jeżdżą na koncerty Dody przyjeżdżają i na Woodstock, bo mogą posłuchać muzyki bliższej ich sercu. Tak samo chłopaczki z bluzach elpolako i innych prosto – dostają swoje koncerty hiphopowe. Schematy w muzyce, która jest grana na Woodzie nie istnieją – i to jest piękne.

Oprawa

To jeden z najbardziej magicznych aspektów tego festiwalu. Widać, że ludzie przejeżdżają się tam przede wszystkim dobrze bawić. Świadczą o tym ich kreatywne stroje i zachowanie. Lemury, piraci, banany, superbohaterowie, rusałki, kobusy – czego jeszcze sobie życzycie? Spotkać tam można naprawdę wszystko i to wszystko zazwyczaj nosi na sobie plakietki przez które się wyraża. Mam tu na myśli kartonowe tektury z napisami „Przytul mnie”, „Zbieram na piwo”, „Zatańcz ze mną”, „Szukam żony” i wiele, wiele innych. Podobnie jest na polu namiotowym – sami inżynierowie! Pomijając strefy, które ludzie dzielą za pomocą najróżniejszych flag/memów/nazw, to na uznanie zasługują pomysłowe obozy. Znaleźć można dosłownie wszystko – wygodne sofy, kanapy, prysznice własnej roboty czy piętrowe kondygnacje. Ekipa obok nas wykopała sobie nawet kryty basen. Można? Można. Żeby tego było mało – cały Woodstock gada o tym samym i każdy zastanawia się „gdzie jest Andrzej?”. Po polu namiotowym i ulicach krążą te same memy i zajawki – to wieloletnie tradycja. „Zaraz będzie ciemno” – „Zamknij się!”

ASP.

Nie samą muzyką człowiek żyje, przynajmniej nie na Woodstocku. I kto jeszcze mi powie, że młodzi ludzie są na bakier z kulturą? Strefa kulturalna ASP w tym roku była aż nadto oblegana. Ludzie mogli rozwijać się w najróżniejszych kierunkach za sprawą organizowanych tam warsztatów i paneli dyskusyjnych, na których można posłuchać ciekawych, znanych osobistości (aktorzy muzycy, działacze, etc.). Jest w czym wybierać – począwszy od porannych kabaretów, a skończywszy na sztuce teatralnej wystawianej o 2 w nocy. Wybór jest tak duży, że nie ma czasu na stereotypowe chlanie, a tym bardziej spanie. Akademia Sztuk Pięknych organizuje tak wiele ciekawych inicjatyw, że można by tam siedzieć od rana do wieczora – i w tamtym miejscu jedynym twoim zmartwieniem jest fakt, że wypadałoby iść zjeść kulkę mocy do krysznowców lub zapchać się jedzeniem ze strefy Lidla – tylko kiedy? Skoro zaraz rozpoczyna się spotkanie z facetem, który opowie o tym jak okrążył ziemie?

Ćpałem, chlałem i bzykałem.

Mój pobyt na Woodzie trwał 3 dni i jak na pierwszy raz obyło się bez bólu i wstydu. W zamian tego spędziłem magiczny czas za sprawą rzeczy wspomnianych wyżej. Mimo to cała magia Wooda to przede wszystkim ludzi – znajomi oraz osoby poznane tam na miejscu – to dzięki nim ten cały wir wydarzeń nabrał sensu i sprawił, że będę chciał tam wracać każdego roku.

Jadąc na te festiwal myślałem, że będę się spodziewał tego wszystkiego o czym można było nasłuchać się w nieobiektywnej telewizji. Jednak ku zdziwieniu, rzeczywistość wygląda całkowicie inaczej – zapewne jeśli nigdy nie miałeś swojego pierwszego razu na Woodstocku, to masz zdanie takie jak moi znajomi, których wypowiedzi przytoczyłem wyżej. Skończ zatem chrzanić i przekonaj się na własnej skórze. Nie ma co zabierać się za przyklejanie krzywdzących łatek wydarzeniu, na którym się nie było – jeśli tak robisz, cóż… jesteś kolejnym bezmózgim pelikanem, który łyka bezpodstawną opinie stada.

I owszem… jak wszystkie duże festiwale Wood również posiada swoją mroczną stronę. I zapewne byli na nim dilerzy, glany wlepione w potylice, przypadkowy seks i rzyganie na nieswój namiot o 5 nad ranem, ale dlaczego miałoby tego nie być? Skoro ten festiwal odwiedza przeszło pół miliona ludzi (czyli tyle osób ile liczy miasto takie jak np. Poznań) to nie sposób upilnować wszystkich i wszystkiego. A debili na świecie nie brakuje i niestety najczęściej przez takich kilku kretynów media mają o czym mówić – na czym cierpi ogólna opinia o Woodstocku i jego uczestnikach. Zaskakujące jest jednak to, że to w miastach częściej widzę uchlanych ludzi leżących na ławkach, bijatyki w bramach i inne przejawy patologicznych zachowań – przez 3 dni widziałem tylko jednego gościa, któremu oprocentowane nogi odmówiły posłuszeństwa. I również w miastach głównie spotykam się ze smutnymi ludźmi, wlepiającymi wzrok w ziemie lub napinatorami, których jedynym sensem w życiu jest pytanie nieznajomych „czy mają jakoś problem” – na Woodstocku każdy chcę Ci przybić piątkę, albo z Tobą się przytulić i pogadać – a jak nie chce to po prostu przechodzi obok Ciebie z uśmiechem, bez słowa.

Na festiwalu Jurka Owsiaka nie ma tego całego miejskiego syfu – mimo, że przejeżdżają tam przecież ludzie z miast – dlaczego? Jedź, przeżyj, a wtedy zapewniam Cię, że znajdziesz swoją odpowiedź.

Ps. Wielu z Was proponowało mi spotkanie, wspólne piwo – wybaczcie, że do tego nie doszło. Czas leciał mi zbyt szybko i wszystko mieliśmy miej więcej po planowane – do tego stopnia, że ciężko byłoby mi się wyrwać na dłużej. Mimo to będzie jeszcze okazja – jak nie teraz, to za rok, bo modny banan jeszcze na pewno tam wróci!

Miłość, przyjaźń, muzyka!

enjoy.

Komentarze

Autorem zdjęcia jest: www.woodstockfestival.pl

Polecane wpisy

Dzień dobry

Jestem Mateusz, a to miejscu, w którym dzielę się przemyśleniami i poglądami - często kontrowersyjnymi, ale z poczuciem humoru oraz autoironią. Mam dość wyrachowane, ekstremistyczne spojrzenie na to wszystko czym osacza nas dzisiejszy świat. Obserwuję ludzi, bo robią rzeczy o jakich nawet mi się nie śniło. Róbcie zatem to co robicie, a ja później o tym opowiem.

Więcej na Facebook:

The Best of:

Sorry. No data so far.

Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z tekstów zamieszczonych na tej stronie nie może być kopiowany, publikowany,
reprodukowy i wykorzystywany w jakikolwiek sposób bez zgody autora.

Ćpałem, chlałem i bzykałem – Kobus na Woodstocku.

Nie wiem czy jest się czym chwalić – w końcu ludzie nie popierają takich akcji, ale tak… byłem pijany i w małym namiociku porośniętym kurzem i błotem straciłem dziewictwo w rytmach dobrzmiewającego w tle zespołu rockowego. To był mój pierwszy raz w Kostrzynie nad Odrą – raz, którego nigdy nie zapomnę. Nie znaliśmy się wcześniej, więc nie miałem nic do stracenia – liczyła się tylko ta chwila, która była daleka od myśli związanymi z konsekwencjami. Co ma być to będzie – pomyślałem – w końcu przyjechałem się tutaj odmóżdżyć, zobaczyć z czym to się je, zebrać nowe doświadczenia z krainy piwem i metalem płynącej, która jak dotąd była mi znana z niezbyt pochlebnych opinii.

Znajomi oczywiście przestrzegali mnie tuż przed wyjazdem:

„Haha spoko, jedź do brudasów, zginiesz tam”, „Stary, mam nadzieję, że się zaszczepiłeś i się niczym nie zarazisz” i nie mogę się im dziwić, w końcu Kobus to niemal 100 kg zadbany, modny banan, któremu z wyglądu bliżej do Openerów czy innych Tommorowlandów. Facet, który jest totalnym przeciwieństwem społeczności Woodstockowej, którą widuje się na tych wszystkich zdjęciach w internetach. Ale wiecie? Od jakiegoś czasu robię wszystko to co wpadnie mi do głowy, bo życie jest cholernie krótkie, aby przejmować się opinią innych i żałować, że się nie zrobiło tego czy tamtego, kto chce żyć w cieniu wiecznych wyrzeczeń? Po co? Jak nie teraz to kiedy? Nawet się nie zastanawiałem, bez namysłu wypchałem plecak białymi bucikami, pomadą do włosów marki zajebiście dobra, namiotem i kilkoma innymi pierdołami, po to, aby chwycić spontan za rękę – i tak straciłem swoje Woodstockowe dziewictwo lądując z dwunastką znajomych w Kostrzynie.

Woodstocku, o którym słyszałem wiele złego.

Woodstocku, który miał być plugawą wylęgarnią ućpanych brudasów oraz upitych nastolatek, które miały nie ogarniać tego, że właśnie ktoś zsuwa spodnie, aby ulżyć sobie w ich dupie. Woodstock po ulicach, którego miały mieszać się piguły z wymiocinami. Woodstock, który miał być pełen nietolerujących siebie subkultur, przemocy, wyznawców szatana i zataczających się z puszką piwa w dłoni dzieci. Woodstock, który stał się imprezą podwyższonego ryzyka. Tak, tak, ten Woodstock, który wszyscy mieliśmy znać z telewizji.

I wiecie?
Ktoś się chyba zamienił z chujem na łby…

Woodstock to miejsce dla każdego. 

Dosłownie dla każdego! Zbijałem piątki z przedstawicielem chyba każdej możliwej subkultury. Taka jest idea tego festiwalu – punk pije piwo z hipisem, dresiarz obrandowany swooshem topi się w uściskach z gościem w glanach, a rasta dzieli się bułką z gotem. I nikogo to nie dziwi – wszyscy się tolerują, akceptują i potrafią ze sobą przebywać, bo łączy ich ten sam cel – magiczna atmosfera zatopiona w muzyce. I ludzie to sobie cenią – do tego stopnia, że całe rodziny przyjeżdżają z dziećmi, które prze szczęśliwe moczą swoje różowe kalosze w błocie. Ludzi starszych również nie brakuje – osobiście widziałem jak Pan z Panią na oko po 65 wiosen na głowę gonili w koszulkach swoich ulubionych zespołów pod scenę.

Dziewczyny, które na co dzień jeżdżą na koncerty Dody przyjeżdżają i na Woodstock, bo mogą posłuchać muzyki bliższej ich sercu. Tak samo chłopaczki z bluzach elpolako i innych prosto – dostają swoje koncerty hiphopowe. Schematy w muzyce, która jest grana na Woodzie nie istnieją – i to jest piękne.

Oprawa

To jeden z najbardziej magicznych aspektów tego festiwalu. Widać, że ludzie przejeżdżają się tam przede wszystkim dobrze bawić. Świadczą o tym ich kreatywne stroje i zachowanie. Lemury, piraci, banany, superbohaterowie, rusałki, kobusy – czego jeszcze sobie życzycie? Spotkać tam można naprawdę wszystko i to wszystko zazwyczaj nosi na sobie plakietki przez które się wyraża. Mam tu na myśli kartonowe tektury z napisami „Przytul mnie”, „Zbieram na piwo”, „Zatańcz ze mną”, „Szukam żony” i wiele, wiele innych. Podobnie jest na polu namiotowym – sami inżynierowie! Pomijając strefy, które ludzie dzielą za pomocą najróżniejszych flag/memów/nazw, to na uznanie zasługują pomysłowe obozy. Znaleźć można dosłownie wszystko – wygodne sofy, kanapy, prysznice własnej roboty czy piętrowe kondygnacje. Ekipa obok nas wykopała sobie nawet kryty basen. Można? Można. Żeby tego było mało – cały Woodstock gada o tym samym i każdy zastanawia się „gdzie jest Andrzej?”. Po polu namiotowym i ulicach krążą te same memy i zajawki – to wieloletnie tradycja. „Zaraz będzie ciemno” – „Zamknij się!”

ASP.

Nie samą muzyką człowiek żyje, przynajmniej nie na Woodstocku. I kto jeszcze mi powie, że młodzi ludzie są na bakier z kulturą? Strefa kulturalna ASP w tym roku była aż nadto oblegana. Ludzie mogli rozwijać się w najróżniejszych kierunkach za sprawą organizowanych tam warsztatów i paneli dyskusyjnych, na których można posłuchać ciekawych, znanych osobistości (aktorzy muzycy, działacze, etc.). Jest w czym wybierać – począwszy od porannych kabaretów, a skończywszy na sztuce teatralnej wystawianej o 2 w nocy. Wybór jest tak duży, że nie ma czasu na stereotypowe chlanie, a tym bardziej spanie. Akademia Sztuk Pięknych organizuje tak wiele ciekawych inicjatyw, że można by tam siedzieć od rana do wieczora – i w tamtym miejscu jedynym twoim zmartwieniem jest fakt, że wypadałoby iść zjeść kulkę mocy do krysznowców lub zapchać się jedzeniem ze strefy Lidla – tylko kiedy? Skoro zaraz rozpoczyna się spotkanie z facetem, który opowie o tym jak okrążył ziemie?

Ćpałem, chlałem i bzykałem.

Mój pobyt na Woodzie trwał 3 dni i jak na pierwszy raz obyło się bez bólu i wstydu. W zamian tego spędziłem magiczny czas za sprawą rzeczy wspomnianych wyżej. Mimo to cała magia Wooda to przede wszystkim ludzi – znajomi oraz osoby poznane tam na miejscu – to dzięki nim ten cały wir wydarzeń nabrał sensu i sprawił, że będę chciał tam wracać każdego roku.

Jadąc na te festiwal myślałem, że będę się spodziewał tego wszystkiego o czym można było nasłuchać się w nieobiektywnej telewizji. Jednak ku zdziwieniu, rzeczywistość wygląda całkowicie inaczej – zapewne jeśli nigdy nie miałeś swojego pierwszego razu na Woodstocku, to masz zdanie takie jak moi znajomi, których wypowiedzi przytoczyłem wyżej. Skończ zatem chrzanić i przekonaj się na własnej skórze. Nie ma co zabierać się za przyklejanie krzywdzących łatek wydarzeniu, na którym się nie było – jeśli tak robisz, cóż… jesteś kolejnym bezmózgim pelikanem, który łyka bezpodstawną opinie stada.

I owszem… jak wszystkie duże festiwale Wood również posiada swoją mroczną stronę. I zapewne byli na nim dilerzy, glany wlepione w potylice, przypadkowy seks i rzyganie na nieswój namiot o 5 nad ranem, ale dlaczego miałoby tego nie być? Skoro ten festiwal odwiedza przeszło pół miliona ludzi (czyli tyle osób ile liczy miasto takie jak np. Poznań) to nie sposób upilnować wszystkich i wszystkiego. A debili na świecie nie brakuje i niestety najczęściej przez takich kilku kretynów media mają o czym mówić – na czym cierpi ogólna opinia o Woodstocku i jego uczestnikach. Zaskakujące jest jednak to, że to w miastach częściej widzę uchlanych ludzi leżących na ławkach, bijatyki w bramach i inne przejawy patologicznych zachowań – przez 3 dni widziałem tylko jednego gościa, któremu oprocentowane nogi odmówiły posłuszeństwa. I również w miastach głównie spotykam się ze smutnymi ludźmi, wlepiającymi wzrok w ziemie lub napinatorami, których jedynym sensem w życiu jest pytanie nieznajomych „czy mają jakoś problem” – na Woodstocku każdy chcę Ci przybić piątkę, albo z Tobą się przytulić i pogadać – a jak nie chce to po prostu przechodzi obok Ciebie z uśmiechem, bez słowa.

Na festiwalu Jurka Owsiaka nie ma tego całego miejskiego syfu – mimo, że przejeżdżają tam przecież ludzie z miast – dlaczego? Jedź, przeżyj, a wtedy zapewniam Cię, że znajdziesz swoją odpowiedź.

Ps. Wielu z Was proponowało mi spotkanie, wspólne piwo – wybaczcie, że do tego nie doszło. Czas leciał mi zbyt szybko i wszystko mieliśmy miej więcej po planowane – do tego stopnia, że ciężko byłoby mi się wyrwać na dłużej. Mimo to będzie jeszcze okazja – jak nie teraz, to za rok, bo modny banan jeszcze na pewno tam wróci!

Miłość, przyjaźń, muzyka!

enjoy.

Komentarze

Powrót na stronę główną